Pułapka „świętego spokoju”, czyli jak wzniosłe hasła maskują kryzys kompetencji w MŚP

Współczesny rynek pracy w Polsce zaczął chorować na specyficzny rodzaj schizofrenii. Z jednej strony z każdej strony bombardują nas nagłówki o dobrostanie, prawie do odłączania się i konieczności zachowania mitycznego Work-Life Balance. Z drugiej – właściciele małych i średnich firm, którzy stanowią kręgosłup naszej gospodarki, coraz częściej odbijają się od ściany, którą jest brak elementarnych umiejętności i niemal całkowity zanik zawodowej ambicji u pracowników. To, co miało być lekarstwem na wypalenie zawodowe, w wielu przypadkach stało się wygodnym parawanem dla zwykłej przeciętności.

Problem staje się szczególnie palący w sektorze MŚP, gdzie każda para rąk do pracy ma znaczenie strategiczne. Tutaj nie ma miejsca na korporacyjny „socializing” przy ekspresie do kawy; tutaj liczy się sprawczość. Tymczasem obserwujemy niebezpieczny trend: pracownicy, zwłaszcza ci w wieku 30-45 lat, którzy powinni być w szczycie swojej wydajności, masowo zaciągają hamulec ręczny. Często nie wynika to jednak z wrodzonej niechęci do pracy, ale z gorzkiej lekcji, jaką odebrali przez ostatnie lata. To ludzie, którzy zbyt długo musieli nadrabiać niekompetencję kolegów, łatać dziury w procesach i brać na siebie odpowiedzialność za tych, którym po prostu „nie chciało się chcieć”.

Kiedy po latach dowożenia wyników za siebie i za innych, taki pracownik widzi, że na koniec dnia jest „doceniany” dokładnie tak samo jak biurowa ofermy – bo systemy wynagrodzeń w MŚP są często płaskie, a właściciel boi się wychylić z premią dla najlepszych, by nie psuć „atmosfery” – następuje racjonalne wycofanie. Skoro ekstra wysiłek nie przynosi nagrody, a jedynie dodatkowe obowiązki porzucone przez mniej zdolnych współpracowników, to „święty spokój” staje się jedyną sensowną walutą. Pod sztandarem Work-Life Balance ukrywa się wtedy nie tyle lenistwo, co zmęczenie byciem wiecznym ratownikiem cudzej nieudolności.

Najbardziej cynicznym elementem tej układanki jest jednak specyficzny rodzaj szantażu rynkowego, z którego pracownicy doskonale zdają sobie sprawę. Wiedzą, że przy obecnej dziurze kompetencyjnej właściciel firmy jest na nich po prostu skazany. Panuje ciche przeświadczenie, że nie trzeba być wybitnym, wystarczy być obecnym. Pracownik ma pełną świadomość, że jeśli szef zdecyduje się na rozstanie, to w procesie rekrutacji – za cenę ogromnego stresu i sporych pieniędzy – znajdzie co najwyżej kolejną osobę do przyuczenia, o ile w ogóle ktokolwiek zgłosi się na dane stanowisko.

Ta dyktatura przeciętności prowadzi do patologicznej zamiany ról. To właściciel firmy, zamiast być strategiem i liderem, staje się etatowym korektorem cudzych błędów. Skoro najzdolniejsi zrezygnowali z ambicji, a najsłabsi nigdy jej nie mieli, szef musi nadrabiać braki zespołu własnym czasem, pracując wieczorami i w weekendy. Etos pracy w Polsce nie zginął, ale został zepchnięty do narożnika – dziś wykazują go głównie ci, którzy biorą na siebie ryzyko prowadzenia biznesu, stając się paradoksalnie zakładnikami własnych kadr.

Musimy zacząć mówić głośno, że ten model jest drogą donikąd. Strategia bazowania na braku alternatywy jest krótkowzroczna dla obu stron. Świat nie zamierza czekać, aż sektor MŚP upora się z kryzysem ambicji i poczuciem niesprawiedliwości – nadchodzące zmiany technologiczne i narzucane odgórnie standardy, jak chociażby cyfryzacja procesów księgowych, brutalnie zweryfikują tych, którzy osiedli na laurach. Dzisiejsza ucieczka w przeciętność, niezależnie czy podyktowana lenistwem, czy rozczarowaniem, to nie dbanie o siebie. To powolna zawodowa eutanazja na własne życzenie w świecie, który nie wybacza braku rozwoju.