Debata publiczna dotycząca rynku pracy i systemu podatkowo-składkowego w Polsce w 2026 roku coraz wyraźniej ujawnia głęboką sprzeczność pomiędzy deklarowanymi celami polityki społecznej, a realnymi mechanizmami jej wdrażania. Pod hasłami ochrony pracowników, walki z wyzyskiem i „uszczelniania systemu” państwo wprowadza rozwiązania, które w praktyce prowadzą do selektywnej represji wobec określonych grup aktywnych zawodowo, przy jednoczesnym utrwalaniu strukturalnych przywilejów innych. Nie jest to reforma systemowa, lecz fragmentaryczna interwencja fiskalna, oparta na kalkulacji politycznego ryzyka.
Centralnym elementem tej tendencji jest planowane rozszerzenie kompetencji Państwowa Inspekcja Pracy, umożliwiające administracyjne przekształcanie relacji cywilnoprawnych w stosunek pracy. W założeniu ma to stanowić narzędzie ochrony słabszej strony relacji ekonomicznej. W praktyce jednak oznacza odejście od fundamentalnej zasady autonomii woli stron i zastąpienie jej uznaniową decyzją urzędniczą, podejmowaną bez kontroli sądowej i bez rzetelnej analizy ryzyka gospodarczego po obu stronach kontraktu. Państwo przyznaje sobie prawo ingerencji w dobrowolne relacje pomiędzy dorosłymi, świadomymi uczestnikami rynku, traktując sam fakt wyboru formy B2B jako podejrzany.
Jednocześnie ta rzekoma determinacja w walce z „fikcyjnym samozatrudnieniem” kończy się tam, gdzie zaczyna się realna siła negocjacyjna określonych grup zawodowych. Najbardziej jaskrawym przykładem jest sektor ochrony zdrowia. To właśnie tam funkcjonuje najbardziej agresywny model kontraktów B2B w Polsce – model, który nie tylko nie jest kwestionowany, ale wręcz systemowo tolerowany. Wysoko wyspecjalizowany personel medyczny, dysponując deficytową kompetencją, narzuca jednostkom publicznym warunki finansowe sięgające setek tysięcy złotych miesięcznie, wykorzystując argument potencjalnego zamknięcia oddziałów. Jest to klasyczny przykład szantażu systemowego, a nie wolnorynkowej równowagi stron. Mimo to państwo pozostaje całkowicie bierne, obawiając się paraliżu ochrony zdrowia i politycznych konsekwencji konfliktu z tą grupą.
Analogiczny mechanizm widoczny jest w systemie ubezpieczeniowym rolników. Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego pozostaje jednym z najbardziej trwałych reliktów selektywnego uprzywilejowania w polskim systemie fiskalnym. Podczas gdy miejski mikroprzedsiębiorca, specjalista IT czy grafik podlega pełnym obciążeniom podatkowo-składkowym, realni przedsiębiorcy rolni funkcjonują w systemie składek oderwanych od rzeczywistych przychodów. Państwo toleruje ten stan nie z powodów ekonomicznych, lecz politycznych — rolnicy dysponują realną zdolnością nacisku, której pozbawieni są rozproszeni freelancerzy i samozatrudnieni.
Równolegle do ofensywy wobec kontraktów B2B państwo w sposób systemowy promuje działalność nierejestrowaną jako de facto legalne obejście obowiązków podatkowo-składkowych. W 2026 roku limit przychodów uprawniających do prowadzenia takiej działalności sięga około 40 tys. zł rocznie, co w praktyce oznacza możliwość regularnego generowania istotnych dochodów bez obowiązku rejestracji działalności gospodarczej, bez odprowadzania składek na ubezpieczenia społeczne oraz bez realnego udziału w finansowaniu systemu ochrony zdrowia. Co więcej, konstrukcja tego rozwiązania pozwala na jego wieloletnie wykorzystywanie, bez mechanizmów kumulacji czy progresji obciążeń, o ile podatnik formalnie nie przekroczy ustawowego limitu.
W efekcie powstaje strukturalna luka w systemie fiskalnym: osoby osiągające kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie w ramach działalności nierejestrowanej pozostają poza systemem solidarnościowym, podczas gdy mikroprzedsiębiorcy prowadzący legalną działalność gospodarczą od pierwszej złotówki podlegają pełnym obciążeniom podatkowym i składkowym. Państwo nie tylko toleruje tę asymetrię, lecz wręcz ją instytucjonalizuje, uznając działalność nierejestrowaną za „społecznie pożądaną”, jednocześnie intensyfikując kontrolę wobec podmiotów już funkcjonujących w reżimie formalnym. W tym sensie nie mamy do czynienia z uszczelnianiem systemu, lecz z jego selektywnym omijaniem — akceptowanym tak długo, jak długo dotyczy grup rozproszonych i politycznie niewidocznych.
Na tym tle szczególnego znaczenia nabiera wdrożenie Krajowy System e-Faktur. Wbrew narracji części środowisk biznesowych, KSeF nie musi być postrzegany jako kolejne narzędzie represji wobec uczciwych podatników. Przeciwnie — stanowi on potencjalnie najważniejszy instrument przywracania elementarnej przejrzystości systemu. Powszechność e-faktur pozwoli po raz pierwszy w sposób systemowy zobaczyć, kto realnie uczestniczy w obrocie gospodarczym, generuje wartość dodaną i ponosi ciężar finansowania państwa, a kto funkcjonuje dzięki lukom, wyłączeniom i politycznej ochronie.
Obecna ofensywa wobec B2B, firmowana rekomendacjami PIP, nie rozwiązuje żadnego strukturalnego problemu finansowania usług publicznych. Jest natomiast próbą przerzucenia kosztów niewydolnego systemu — w szczególności ochrony zdrowia — na grupy politycznie najsłabsze. Zamiast zaprojektować spójny model, w którym każda forma aktywności zawodowej podlega proporcjonalnemu, dochodowemu obciążeniu, państwo wybiera strategię selektywnej egzekucji.
Moment uruchomienia KSeF stanie się testem intencji państwa. Dane, które zaczną spływać od 1 lutego, pokażą z pełną ostrością, gdzie faktycznie powstaje wartość, a gdzie jedynie politycznie chronione przywileje. Wówczas okaże się, czy deklarowana „sprawiedliwość społeczna” jest projektem systemowym, czy jedynie narracją usprawiedliwiającą polowanie na tych, którzy nie potrafią zorganizować strajku, zablokować drogi ani zagrozić stabilności rządu.